Maraton. Berlin.


20160925_082441

 

 

 

 

 

Jesteśmy z M. w Berlinie. Odebraliśmy pakiet startowy, wszystko przygotowane do jutrzejszego biegu. Idziemy na wczesną kolację i małe piwo, żeby M. miał czas na relaks i  mocny sen. W niedzielę rano musimy wyjść wcześniej. Nie mieszkamy daleko od miejsca startu, ale tłum ludzi będzie zmierzał w tym samym kierunku, co my. Na liście maratonu jest ok. 50 tysięcy biegaczy. Jeszcze liczniejszą grupę stanowią rodziny, przyjaciele, sympatycy, mieszkańcy Berlina. Już jutro zacznie się międzynarodowe święto. Od kilku lat tak myślę na hasło- maraton.

Włączam Internet w pokoju hotelowym i trach. Czarny protest i dyskusje na temat aborcji. Tak jakoś dziwnie się składa, że wcześniejsza fala dyskusji zastaje mnie w Paryżu. Również podczas maratonu. Czytam wpisy kobiet, ich strach i przerażenie, że znowu ktoś inny ma decydować za nich. Ale i ogromną determinację i siłę, żeby pokazać rządzącym, ze nie tędy droga. Postanawiam, że koniecznie w poniedziałek wezmę udział w marszu.

Niedziela. Wczesne poranne godziny.  Trudno dostać się do wagonu metra. Wydawałoby się, że wszyscy zmierzają do jednego celu na mapie miasta. Z przeźroczystymi workami na plecach, z napisem: maraton w Berlinie 2016. Skupieni, ale i uśmiechnięci, pozdrawiają się, i patrzą na siebie przyjaźnie. To sport, w którym mało jest rywalizacji, to raczej walka z samym sobą. Odprowadzam M. do bramki . Robimy sobie wspólne zdjęcie. To jest taki miły moment, pełen oczekiwania i ściskających się ludzi. Jakiś mężczyzna przytula malutką córkę. Kobieta mówi coś z uśmiechem do robiącego przysiady mężczyzny. Zagaduje nas straszy pan, kiedy M. pokazuje mi trasę maratonu na wielkiej mapie. O coś pyta, ale nie czeka na  naszą odpowiedź. Za to oznajmia nam z dumą: Mój syn startuje w maratonie. Uśmiecham się do niego, bo przed chwilą widziałam jak mocno go obejmował, zanim chłopak pobiegł na start. Wzruszanie ściska mi gardło i towarzyszy przez kilka najbliższych godzin. 120 narodowości na starcie. Najstarszy zawodnik to rocznik 1927. Bieg rozpoczynają niepełnosprawni na wózkach. Później będą bolały mnie dłonie. Wyrażam nimi swój podziw, zagrzewam do wytrwałości i daję trochę mojej energii i siły tym wszystkim wspaniałym ludziom, biorącym udział w maratonie.

Wieczorem, nadal Berlin. Świetny wynik mężu, twoje zdrowie. Jemy kolację w przytulnej knajpce, wino rozlewa się przyjemnie po ciele. Obok nas siedzi dwóch mężczyzn, patrzą czule na siebie i gładzą się po ramionach i rękach. Uśmiecham się do nich i przymykam oczy. Dlaczego u nas nie może być tak normalnie?  Jutro będę musiała zmierzyć się z falą nienawiści i braku tolerancji, tym razem skierowaną w stronę kobiet. Zamawiam kolejną lamkę wina i deser, żeby jeszcze przez chwilę tutaj BYĆ.

 

20161001_11090820161001_111359 20161001_111437

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *